Pojedynek - Królowa Pustyni
Byłem zdziwiony, że czas przeminął tak szybko. Podniosłem się i powiedziałem:
— Niestety, musimy zakończyć naszą rozmowę. Chętnie porozmawiałbym z tobą dłużej na ten temat.
— Jesteś więc przyjacielem Hilala?
— Jestem nim i cieszyłbym się, gdybym mógł go widzieć szczęśliwym.
- Więc niech pojedzie ze mną. W naszym duarze jest wiele pięknych dziewcząt i może wybrać sobie wśród nich swoją przyszłą żonę, a żaden ojciec nie odmówi mu jej ręki. Osobiście zatroszczę się o to.
— On nie chce żadnej innej.
— Hilui nie może dostać. Wyjaśniłem ci już dlaczego. Teraz nadszedł czas, abyś wyjawił nam swoją ostatnią wolę. Jeżeli zginiesz z ręki olbrzyma, musimy znać twoje ostatnie życzenia.
— Mój sługa zna je wszystkie.
— Lecz jeżeli zwyciężysz, znajdziesz się w bardzo wstydliwym położeniu: dostaniesz Badiję, lecz nie będziesz jej chciał. Nic mam pojęcia, jak to się wszystko skończy!
— Wiem jak z tego wybrnę. Nie dręcz się tym więcej. Teraz już najwyższy czas się pożegnać. Oto zbliża się Khanum i udaje się na miejsce pojedynku. Twoje miejsce jest teraz przy niej.
Pojedynek
Podczas mojej rozmowy z szejkiem zauważyłem bez trudu, że HaJef nie zgadzał się z moimi wywodami. Kilka razy oburzał się i wciąż miał ochotę wtrącić się do pogawędki. Aż dziw bierze, że utrzymał się jednak w ryzach, które wyznaczyła mu funkcja mojego służącego. Ale gdy tylko szejk się oddalił, nie czuł się już niczym skrępowany i zaczął robić mi wyrzuty co do mojego zachowania.
— Sidi, nie mogę pojąć, jak można tak deptać szczęście butami — powiedział ze złością, — Czyż nie widzisz, jak ten stary Beni Abbas oszalał na twoim punkcie i nic nie ucieszyłoby go bardziej niż to, że zostałbyś jego zięciem. Ale ty odpowiadasz mu, że Tarik i Hiłal wpatrują się namiętnie w jego córki. Jeszcze nigdy nie spotkałem człowieka, który byłby tak niemądry i rezygnował z niewątpliwych zaszczytów. Mogę cię tylko żałować i modlić się o oświecenie twojego umysłu. Ale z pewnością jest to wynik tego, że jesteś chrześcijaninem, a nie wyznawcą Proroka.
Wciąż jeszcze mruczał coś do siebie, aż nakazałem mu milczenie.
Cały ród Beni Salłah znajdował się w stanie wielkiego wzburzenia. Oto miało się rozstrzygnąć, kto zostanie ich szejkiem. Do walki zgłosił się nieznany nikomu cudzoziemiec. Niesamowita siła Falehda była wszystkim znana. Z pewnością tylko niewielu miało wątpliwości, kto zostanie zwycięzcą.
Leniwa cisza w południe zaczęła przeradzać się w zgiełk. Ze wszystkich stron nadchodzili ludzie i pospiesznie szli w kierunku miejsca pojedynku, hałasując przy tym i żywo gestykulując. Nadpływali jak rzeka - mężczyźni i kobiety, młodzieńcy i dziewczęta. Z widowiska wyłączono tylko dzieci.
Ring wytyczono przed obozem wbitymi w ziemię oszczepami. Gdy dotarłem tam w towarzystwie Hałefa, był on już otoczony zbitym tłumem widzów. Pierwszy krąg stanowili mężczyźni i kobiety, tuż za nimi jeźdźcy na koniach, a dopiero z tyłu, na wysokich siodłach, właściciele wielbłądów. Z szacunkiem robiono mi miejsce, gdy przedzierałem się przez tłum na miejsce walki. W jednym z rogów kwadratowego ringu siedziała Khanum. Jej twarz była przeźroczysto blada. Prawie nie udawało się jej ukryć paraliżującego ją strachu. Obok niej, na tym samym dywanowym podłożu, siedział jej ojciec, siostra, a po bokach stali Tarik i Hilal. Olbrzym wybrał sobie miejsce tuż na wprost niej. Jego twarz napiętnowana paskudną blizną wyrażała szyderstwo i pewność zwycięstwa. Obok niego przykucnęło dwóch mężczyzn, których dotąd jeszcze nie widziałem, za nim kilku innych, którzy z pewnością należeli do grona jego zwolenników. Zauważyłem też dwie wydrążone dynie napełnione wodą, aby walczący mogli się odświeżyć.
Muezin i stary Esra zajęli miejsce pośrodku placu. Jak później się dowiedziałem, zostali wybrani przez radę starszych, aby rozstrzygać o prawidłowości walki.
Gdy zostałem zauważony, zbliżył się do mnie Esra.
— Czy znasz warunki walki, panie?
— Tak, muezin ogłosił je wszystkim. Kim są mężczyźni obok Faiehda?
— To wysłannicy Turków i Rosjan.
— Czy to dlatego patrzą na mnie tak zatrutymi spojrzeniami?
— Tak, jest naturalne, że obaj martwią się o wynik walki. Ich plany mogą się powieść tylko wtedy, gdy zwycięży Falehd. Dobrze o tym wiedzą.
Olbrzym zauważył, że rozmawiamy o nim i zerwał się na równe nogi.
— Dlaczego zjawiasz się tak późno? — zapytał zaczepnie.
— Ale przybyłem — odpowiedziałem spokojnie.
— Żaden dzielny mąż nie każe czekać na siebie swojemu przeciwnikowi.
— Spójrz na swój cień. Przybyłem w samą porę. A zresztą nie przybyłem, aby walczyć na słowa. Niech zdecydują czyny!
— Tak się stanie. Zaczynajmy!
Już chciał się rzucić na mnie z przygotowanymi do ciosu rękoma, gdy przeszkodził mu w tym swoją osobą Esra.
— Stać! Najpierw w obecności świadków zostaną omówione reguły walki.
— Reguły? Nie potrzebuję żadnych reguł!
— Walka ma być uczciwa! Po pierwsze więc: wjakim ubraniu będziecie walczyć?
— Każdy niech zdecyduje sam.
— Zawodnik, który poprosi o łaskę, ma doznać aktu litości.
— Pozbawi go to honoru!
— Dlatego zostanie wykluczony i wygnany z plemienia; ale może ocalić swoje życie. Według jakich reguł będziecie się bić?
— Według żadnych reguł! Każdy walczy jak potrafi!
— Czy się z tym zgadzasz? — zapytał mnie Esra.
— Tak!
— Więc niech Khanum da znak do rozpoczęcia!
Olbrzym zrzucił z siebie burnus i stanął przede mną ubrany tylko w spodnie. Jego nagie ciało było pokryte oliwą, aby mógł wywinąć się z uścisku przeciwnika. Ta olbrzymia budowla z mięsa i kości wyglądała jak nie do powalenia, a olbrzymie muskuły jak wykute ze stali. Za przykładem przeciwnika zrzuciłem burnus. Ale nie uznałem za słuszne, aby rozbierać się jeszcze bardziej. Nie zdjąłem nawet swojego lekkiego tureckiego wdzianka, które miałem pod burnusem.
— Na miłość Allacha, rozbierz się! — ostrzegł mnie w dobrej wierze starzec. — Ubranie spowoduje, że może cię pochwycić!
— On tego nie zrobi.
— Jesteś bardzo nieostrożny.
Nie odpowiedziałem mu, bo oto zapanowała grobowa cisza i oczy wszystkich zwróciły się na Khanum, która miała dać znak rozpoczęcia walki. Ale oto jej ojciec rzekł głośno:
— Czyżby nie panował tu zwyczaj, że przeciwnicy podają sobie przed rozpoczęciem wałki ręce, jako zapewnienie, że żaden nie uzyska przewagi podstępem?
— Podać rękę? Temu szakalowi? — olbrzym parsknął śmiechem. — Ja mam mu podać rękę? Owszem, może tu podejść, abym go mógł udusić!
— Nie miałem co do ciebie złych zamiarów, ale — odpowiedziałem spokojnie — jeżeli nawet tu mnie obrażasz, to nie mogę cię